STRON: 344
Data wydania: 2007
Wydawnictwo: MUZA S.A.
STRON: 344
Data wydania: 2007
Wydawnictwo: MUZA S.A.
- Jak idzie? – powtarzam jego pytanie i po chwili sama sobie odpowiadam. – Chyba dobrze, bo ja wiem. Dużo tego. Ale dam sobie radę. Muszę.
- Pewnie, przecież ty zawsze ze wszystkim dajesz sobie radę, nie?
- Przestań, jestem zbyt zmęczona na żarty. Ten projekt mnie wykończy.
- Ale za to potem... – Marek urywa znacząco.
Uśmiecham się.
- Potem mój kochany szef się na mnie pozna i dostanę awans i wyrzucą Janinkę i ja zajmę jej miejsce i świat będzie piękny i kolorowy i żyli długo i szczęśliwie.
- No właśnie. Więc głowa do góry.
Czuję w jego głosie uśmiech i prawie widzę już przed sobą jego twarz, jak ducha albo dżina, choć chyba do ducha mu bliżej, dużo bliżej, z tą zmęczoną, białą skórą i sszarzałymi zmęczeniem oczami.
- Jesteś jeszcze w pracy? – pytam.
- Tak, ale zaraz wychodzę. – urywa i przez chwilę słyszę tylko jego oddech. – Myślałem, że może zamówię pizzę, co? Masz ochotę?
- A która jest?
- Jedenasta.
- Marek, nie dam rady, sorki. Nie czekaj na mnie.
- Zamówię Hawajską, na cienkim, tak jak lubisz. – kusi mnie. Przełykam ślinę i wbijam wzrok w ekran.
- Przecież wiesz...
- Wiem, wiem. – znów się uśmiecha. – Trzymam kciuki. Na pewno dasz radę. Jak zawsze. Jak cię wyrzucą drzwiami to wejdź oknem, tak? Tak to było?
- Dokładnie.
Odkładam słuchawkę i znowu jestem sama, otoczona tylko ciszą buczącą kablami.
Nie, to nie prawda. Nie jestem sama. Wiem, że tam są, za ścianą, za zakrętem korytarza - inni, zapracowani, zastukani, zapisani, zaczytani, umoszczeni w swoich biurach niczym larwy pszczół w woskowych komorach plastra, bezpiecznie otuleni pracą. Robią karierę, wystukują ją na klawiaturze jak modlitwę. Pełni kawy i niezdrowych mieszanek cukru z orzeszkami i tłuszczem bardzo nasyconym, nienasyceni.
Kawa. Tak, potrzebuję kawy jak krwi. Wychodzę na korytarz. Za wielkim oknem wielka panorama nocnej Warszawy, żółto-czerwono-czarna, leniwa. Podchodzę do automatu i wyciągam portfel. Wrzucam piątkę i naciskam przycisk. Nic. Z rozdrażnieniem uderzam pięścią w blachę i po chwili moneta wypada mi na dłoń. Wrzucam ją więc ponownie i naciskam i czekam i nic, więc uderzam i wypada i wrzucam i czekam i naciskam i wrzucam i nic. Jakbym wpadła w jakąś pętle – wrzuć, naciśnij, uderz, wyjmij, wrzuć. Uderzam mocniej, metal odpowiada głucho, boleśnie.
- Wszystko w porządku pani Ewo? Wie pani, niecierpliwość – pierwszy krok do piekła.
Szymański. Mój szef. Bladoróżowy dyrektor działu marketingu firmy naszej wielkiej i sprywatyzowanej zupełnie niedawno, metalurgicznej. Jan Stanisław Szymański, który jutro dostanie mój raport, moje dzieło wielkie i dostrzeże mnie i doceni, awansuje.
- Ta maszyna jest zepsuta, nie ma co próbować. Strasznie pani hałasuje, tak poza tym.
- Przepraszam. – rzucam i wycofuję się do biura niczym spłoszone, zaszczute zwierzę.
Siadam przed komputerem i zaczynam stukać. W mózgu huczy mi od braku kofeiny, ale dam radę, muszę, w końcu deadline, na jutro. Czarne piksele w prawym rogu ekranu ustawiają się w kolejne minuty, w godziny i w końcu z ulgą rozprostowywuje palce, jeszcze raz przewijam strony, ostatni rzut okiem i gotowe, można wysyłać, praca ostatnich trzech miesięcy, dopieszczona, dochuchana, idealna. Otwieram okno nowej wiadomości i załączam plik i klikam na wyślij. Jutro z samego rana Szymański już go będzie miał i kiedy przeczyta zawoła mnie do siebie, każe usiąść, zaproponuje herbatę albo wodę i powie że rzeczywiście, wyjątkowa robota i widzi duży talent i oczywiście, nie można zmarnować i dziwi się, że pani Janina Ostojska, choć od tylu lat i pani, pani Ewo, bezpośrednia przełożona, jakoś nie mogła, nie dostrzegła, nie zrobiła i trzeba to będzie przemyśleć, wyciągnąć wnioski i konsekwencje.
Już od czternastu miesięcy pracuję na tym żałosnym stanowisku w żałosnej firmie do niedawna państwowej za żałosne pieniądze, a przecież miałam robić karierę, miałam awansować i zarabiać, jeździć dookoła świata i kupować markowe ciuchy, co tydzień nowa bluzeczka albo spodnie, teraz są modne takie fajne, odcinane pod kolanem, ale nie, ja pracuję tutaj a nie gdzie indziej, gdzie indziej pracy nie było, chociaż CV miałam świetne i języki, i wykształcenie i zagraniczną praktykę. Już niedługo, Ewuś, niedługo.
Klik. Wiadomość wysłana. Pstryk, iskierka zgasła. Gaszę światło, wychodzę. Dwunasta w nocy, Warszawa.
*
Światła ulicznych lamp wlewało się w niebo i zmazywało z niego gwiazdy. Było zimno tym wilgotnym zimnem, które przenika prosto do kości. Przyspieszyłam kroku. Nie ma co marnować czasu – samochód, dom, szybki prysznic, jabłko albo banan i spać. Będę miała jakieś pięć i pół godziny na sen. 68 procent zapotrzebowania. Przeżyję. Przywykłam.
Zagłębiam się w skrzypiące, rdzawe kolory nocnej Warszawy. Szare sylwetki ludzi mijają mnie niczym duchy, podeszwy ze zgrzytem ocierają się o chodnik, byle szybciej, byle do domu. Cyberpunkowa, stalowa mgła wdziera mi się do oczu.
Już niedaleko. Schodzę w dół w przejście podziemne, w jedną z tych podskórnych żył przez które toczy się krew miejskiego życia. Jest jasnożółto, z pomarańczową plamą budki z kanapkami po prawej. Dociera mnie zapach chleba i kiełbasy i bezmyślnie skręcam w jego stronę. Znowu. Wiem, że nie powinnam jeść na noc, wiem, że to niezdrowe, że odkłada się w aortach i zatyka zastawki, że żołądek potem skręca się przez sen, ale i tak co noc tu staję, ustawiam się w kolejkę szarych garniturów i czekam na swoją turę, na mój kawałek mięsno-mącznej radości.
Kolejka jest zawsze. O dziewiątej w nocy, o pierwszej. Kolejka wygłodniałych, zmęczonych dniem ludzkich ciał. Dołączam do niej. Przynależę. Człowiek potrzebuje przynależeć. Do swojej wsi, do plemienia, do kibucu, do klubu, a ja przynależę tutaj, do stada nocnych widm w garniturach, z laptopami, palmtopami, komórkami, do spracowanego tłumu zatrudnionych, do tych co robią karierę, co prą na przód, co do czegoś dążą, coś osiągają, tu, w Warszawie, w centrum wszystkiego – i czuję się dumna, czuję się kimś, czuję, że żyję, istnieję, że się liczę.
Kolejka powoli posuwa się do przodu.
- Co dla pana?
Garnitur przede mną pochyla się nad ladą.
- Na ciemnym z tuńczykiem. I dużo sałaty. – mówi.
Patrzę na jego plecy, lekko zgarbione, na jego spodnie pod kolanami wymięte wielogodzinnym siedzeniem.
- Jakby mogła pani więcej pomidorów.
- Tyle?
- Jeszcze troszkę. Trzeba się w końcu zdrowo odżywiać.
Odwraca się w moją stronę. Jego twarz jest blada, jego brwi są ciemne, ale oczy ma ciepłe i patrzą teraz na mnie i zaczynam się nim dusić. Chcę, żeby patrzył tak na mnie długo, jak najdłużej i jeszcze, nie musi robić nic więcej, podchodzić, dotykać, nic więcej, tylko to, tylko patrzeć, brązowo i miękko.
Próbuję się uśmiechnąć, ale mi nie wychodzi, usta mam zastałe, zdrętwiałe. Więc też patrzę tylko na niego, sekundę, dwie, minutę może nawet, minuta to w końcu tak wiele w tych czasach, tak wiele. Kto w końcu ma czas na miłość, na miłość w czasach bezrobocia, na miłość niedospaną, zmęczoną, wymiętą, na miłość upchniętą w piksele, wtłoczoną pod biurka, miedzy dokumenty co na wczoraj, kto ma czas na tę miłość póżnogodzinną przy nocnym kinie i kaczce pięć smaków, na miłość wystaną w korkach i wiecznie spóźnioną, miłość wyplanowaną, niewycałowaną.
Wciąż patrzymy na siebie i łapię się na tym, że przestałam oddychać jakby z oddechem wszystko miało się rozpaść.
- Osiem dwadzieścia.
Głos sprzedawczyni wdziera się we mnie gwałtownie.
- Nie ma pan drobniej? Nie będę miała jak wydać.
Chłopak bierze kanapkę, odchodzi. Kolejka przesuwa się do przodu. Jak szary sznurek pokutników.
- Co dla pani?
- Na ciemnym z tuńczykiem. I dużo sałaty. – mówię zanim uświadamiam sobie, że przecież nie cierpię tuńczyka.
Już tak dawno z nikim nie byłam. Nie mam czasu nawet dla kwiatków doniczkowych, choćby tych sztucznych, a co dopiero dla ludzi. Ale to minie, wiem, musi minąć, kwestia czasu, krótszego albo dłuższego, ale tylko czasu. Muszę się tylko przepchnąć w górę, udowodnić co jestem warta, pokazać na co mnie stać, a potem będzie łatwiej, już tylko z górki i na luzie.
Znów wychodzę na ulicę i zmienia się sceneria, jakbym weszła w następną planszę gry komputerowej, w kolejną odsłonę mechanicznego, sterylnego świata.
Mijam rondo z palmą sterczącą smutnie niczym niespełnione marzenie o wakacjach i z daleka widzę już mój samochód. Wierny, niebieski kształt, skulony pod ścianą. Tylko on czeka na mnie tak cierpliwie.
“Emigracja to rodzaj pogrzebu, po którym życie trwa dalej.” Tadeusz Kotarbiński.
Rozdział I
Nie wiem, która może być godzina. Dziewiąta, dziesiąta w nocy, może później. Zresztą, co za różnica. W biurowcach czas nie płynie. W biurowcach czas wisi w białawym, martwym świetle, wymieszany z kawą i zatęchły.
Pochylam się nad biurkiem otumaniona szumem komputera, z rękami wrośniętymi w klawiaturę, zmęczona. Nagle dzwoni telefon i wyrywa mnie z mojego ciepłego otępienia, tak ostry i gwałtowny.
- To ty Ewuś?
- Cześć braciszku.
- Jak idzie?
Jego głos jest miękki. Jego głos jest gładki i tak przytulny, że chciałabym się w nim schować, naciągnąć go sobie na uszy jak kołdrę.